czwartek, 4 czerwca 2009
ODWAGA
Naprawdę masz odwagę zamieszkać w górach? Naprawdę masz odwagę rzucić pracę w stolicy i zdać się na to, co oferuje rynek pracy na podbeskidziu? Naprawdę masz odwagę jeździć przez Przegibek zimą? Wspinać się na te swoje 440 m.n.p.m przez śnieg lub błoto? Zimą wychodzić do pracy gdy jeszcze ciemno i wracać gdy już ciemno? Naprawdę masz odwagę porzucić jazdę rowerem po Warszawie i bieganie poranne w Parku Szczęśliwickim?
Życie stoi i pyta. A ja patrzę tępo w czubki swoich butów, drapię się po czubku głowy... Zatroskany. Życie nie lubi czekać. Więc szukam w sobie odwagi... Nie tej lichej marnej...
sobota, 23 maja 2009
DO PÓŁMETKA
Na półmetku, dzieją się z facetami różne rzeczy. jedni wymieniają samochody na większe, inni żony na młodsze, jeszcze inni farbują włosy na blond, odkrywają nowe pasje, które mają ich "odmłodzić" jak snowboard czy żegluga na szybkich skuterach wodnych.
Większości - mam taka nadzieję - nic się nie dzieje, może zostają jakieś refleksje...
Więc mnie takie refleksje też pewnie najdą za 4 lata... Zastanawiam się, jak to będzie wyglądało, kim chciałbym być mając 40 lat?
Chciałbym... chciałbym być maratończykiem. Mieć za sobą przynajmniej dwa przebiegnięte maratony, w tym przynajmniej jeden w czasie poniżej 4 godzin...
Chciałbym być kajakarzem morskim, z własnym kajakiem, wiosłem, fartuchem, kamizelką i rzutką, z przynajmniej dwiema wyprawami morskimi na koncie... takimi, z noclegiem na szkierach albo na plaży...
Chciałbym być jachtowym sternikiem morskim... to takie marzenie, jeszcze ze studiów, niezrealizowane z braku czasu, z powodu łapania się rozlicznych innych aktywności... Może czas je zrealizować do półmetka?
Chciałbym być góralem beskidzkim. Nie tylko z adresu zameldowania (jak to jest teraz), ale rzeczywistym, żyjącym na codzień w górach, rąbiącym drewno, odśnieżającym zimą podjazd i patrzącym codziennie na góry...
Cztery marzenia, cztery lata. Czwórka prześladuje mnie od dawna... Może, gdybym był przesądny jak Kowlak, myślałbym, że to coś znaczy...
Przekonamy się, za 4 lata. Jeśli ten blog wytrzyma, to podsumuję tutaj swój półmetek :)
PO ROKU
No ale pomyślałem, że są takie obszary, o których może warto napisać, ale jakoś zupełnie nie przystają do bloga zhp24.net.
A więc wracam!
Drżyjcie :)
poniedziałek, 28 lipca 2008
NA LĄDZIE CHWIEJNY, NIEPEWNY JEST MARYNARZA KROK
Wróciłem z rejsu. Dwa tygodnie wśród wiatru, żagli i wcale niemałych fal Zalewu Szczecińskiego. Do tego całkiem spory ruch profesjonalny (czytaj duże statki) i mały ruch turystyczny (czytaj żaglówki).
Opowieści na kilka wpisów, ale dziś jestem zbyt zmęczony żeby pisać o Zalewie. Jednym słowem, urzekł mnie, jak mało który akwen ostatnio.
Pomału wracam do rzeczywistości lądowej, nucąc piosenkę śpiewaną niegdyś przez Broken Fingers Band:
Kurs w morze i naprzód pełna,
Odwróćcie od lądu wzrok,
czwartek, 3 lipca 2008
PO HARCERSKU
Zrobić coś po harcersku kiedyś miało konotację porządnej pracy. Po harcersku, znaczy z rozmysłem, uważnie, dokładnie, starannie. Ale to było przed wojną. II Wojną. Teraz, zrobić coś po harcersku, to znaczy byle jak, bez namysłu, głupio, niepotrzebnie.
Lektura jednej z list dyskusyjnych potwierdza, że nie takie jest spojrzenie ludzi z zewnątrz na harcerska pracę, ale rzeczywiście, niektórzy harcerze działają „po harcersku” w rozumieniu powojennym tego wyrażenia.
Oto jeden z przemiłych druhów, zabierając głos w dyskusji nad udziałem młodych ludzi w demokracji, wyraża przekonanie, że drużynowi mają 20 lat i troszkę więcej. Na co inny druh, z Krakowa, ripostuje, podpierając się danymi spisowymi, że średnia wieku drużynowego w ZHP wynosi prawie 30 lat. Na co pierwszy druh odpowiada, że średnia arytmetyczna go nie interesuje i że tak naprawdę prawdziwy obraz da średnia ważona. I ona na pewno pokaże, że średnia (chyba ważona) wieku drużynowego jest niższa.
Potem zaczęły się pytania jak ów druh liczy średnią ważoną, potem okazało się, że nie wie jak i chyba nawet nie wie co to jest, ale uważa, że wie i na koniec zniknął z listy – do pomyłki, czy do błędu się jednak nie przyznając.
Takie typowe – po harcersku. Gdzieś słyszał, głos z przekonaniem zabrał, nic za tym nie stało.
Już nawet przestaję się dziwić, że mamy takie postrzeganie „harcerskiej roboty”, jeśli sami (instruktorzy) tak niekompetentnie wypowiadamy się o sprawach, na których się nie znamy… Po harcersku.
poniedziałek, 23 czerwca 2008
OBSERWACJE ETNOGRAFICZNE
Kursant dobrze robił, ale czasem cos mu nie wychodziło, czułem, ze potrzebuje tylko małych poprawek. No i robił rufę za rufą, z baksztagu do baksztagu, kiedy głos z brzegu krzyknął „Halo! Człowieku! Mój spławik”. Byliśmy dobre 200 metrów od brzegu, ale rzeczywiście, zaplątał się tu spławik jakiegoś wędkarza. Krzyknąłem, że przepraszam, ustawiłem jacht w linii wiatru i podniosłem miecz, żeby feralna żyłka odczepiła się ode mnie, gdy głos z brzegu, pochodzący od miłego starszego pana w samych slipkach typu kulognioty znów zakrzyknął „Co ty wyprawiasz?”.
Grzecznie wyjaśniłem, ze po pierwsze to próbuję uwolnić ten spławik, po drugie jeszcze raz przepraszam, że na niego wpłynąłem i po trzecie, ze nie przypominam sobie, żebym z tym panem kiedykolwiek przechodził na ty.
A głos do mnie „Ośle, co ty wyrabiasz, zerwiesz mi żyłkę!”. Spojrzałem szybko w okulary słoneczne jednego z kursantów, żeby zobaczyć czemu pan wędkarz nazwał mnie osłem… Ale w mojej fizjonomii nic się nie zmieniło. Pomyślałem, że on mówi do mnie per „ośle” nie dlatego, że przypominam osła, ale dlatego, że może chce mnie zaczarować w osła. Ponieważ w odróżnieniu od mojego przyjaciela Kowlaka, w ogóle nie jestem przesądny, wiec się czarów nie wystraszyłem, ale pomyślałem sobie, że oto jestem świadkiem prastarych obyczajów czy też guseł ziemi radomskiej. Odezwałem się jednak współcześnie, że proszę, żeby mnie nie przezywano. Żyłka się uwolniła, spławik popłynął ochoczo w stronę starszego pana w slipkach. Myślałem, że to koniec przygody, ale widać nie. Mój rozmówca pokazał mi inne elementy starodawnych zachowań ludności tubylczej.
Wszedł do kolan w wodę, lekko ugiął kolana, wypiął pierś, odwrócił dłonie w moją stronę i głośno krzyknął „no chodź!”. No cóż. Zdębiałem. Wiedziałem, że chyba mnie do czegoś zaprasza, ale zupełnie nie wiedziałem do czego. Czy to miało być jakieś rytualne zawarcie przyjaźni, czy może starszego pana w slipkach naszła nagła ochota do miłości greckiej, czy może to w ogóle nie było do mnie, tylko do ryby. Może przemiły pan w slipkach, niczym Santiago z powieści Hemingwaya, tak rozmawiał z rybą…
Obiecałem sobie, że przy najbliżej okazji odwiedzę muzeum Oskara Kolberga w Przysusze i zapoznam się z jakimiś jego opracowaniami zwyczajów ludowych tego terenu. Muszę chyba rozumieć co do mnie mówią tubylcy znad zalewu w Domaniowie, by móc się z nimi porozumieć w przyszłości.
Panu grzecznie pomachałem, a kursant wyuczył się zwrotów z wiatrem bardzo ładnie.
piątek, 20 czerwca 2008
DOMANIÓW
Po pierwsze szkolę nowych adeptów żeglarstwa. Tu pierwsza refleksja. Pomimo radykalnej liberalizacji przepisów dotyczących uprawnień do prowadzenia łodzi żaglowych po wodach śródlądowych, chętnych na szkolenie jakoś nie brakuje.
Czyżby ludzie mieli mózgi i potrafili sami mysleć?
Co sie stało? Od tego roku, jachtem do długości 7,5 metra, może kierować każdy kto ma na to ochotę. Nie trzeba stopnia, kursu, patentu, uprawnień. Wsiadasz i płyniesz. Siedem i pół metra długości do dużo. Mój pierwszy rejs mazurki odbyłem w 1996 roku na Orionie (sławny RA-125) długości 4,6 m. Potem prowadziłem rejsy na jachtach około 6 metrów. A teraz każdy a nas, czy kiedyś pływał czy nie, może sobie kupić łódkę 7 metrową i płynąć...
A mimo to, ciągle są chętni gotowi wywalić 1000 zł na kurs, by się nauczyć trudnej sztuki żeglowania. I co ważniejsze, jest ich w naszym klubie więcej niż w zeszłym roku!
Nie ziściła sie obawa niektórych zwolenników zmuszania ludzi do szkolenia, że jak nie będzie obowiązku, to na ludzie nie będą sie szkolić i będą powodować wypadki. Ludzie myślą. I wiedzą, że jeśli będą chcieli żeglować bezpiecznie, bez kursu sie nie da.... Więc jutro spotykam sie z nimi i przekazuję swoją wiedzę i doświadczenie.
A druga rzecz w Domaniowie... To obserwacja stylu spędzania wolnego czasu przez mieszkańców Radomia. Dwa tygodnie temu było bajecznie. Rytuały zachowań, nowe obyczaje... raj dla badacza :) Opiszę to kiedyś w innym dziale. Na razie ciesze się, że będę miał okazje przyjrzeć sie jakiejś innej rzeczywistości.